sobota, 17 marca 2018

HARRY POTTER BOOK TAG ⚡ [MALWINA & OLIWIA]


Hejka! Dzisiaj przychodzimy do was z nieco innym wpisem niż zwykle. Postanowiłyśmy odpowiedzieć na pytania tego tagu, ponieważ obie bardzo lubimy serię o słynnym czarodzieju, więc jeśli jesteście zainteresowani to zapraszamy do dalszej części. :)

~~~

1. Ulubiona książka. 

M: Zdecydowanie "Kamień filozoficzny" oraz "Więzień Azkabanu". Pierwszą część uwielbiam, ponieważ to ona wprowadziła mnie w świat Harry'ego Pottera, poznaliśmy większość postaci, miejsc, Hogwart i prawa rządzące światem magii. Trzecią część natomiast darzę taką sympatią ze względu na Lupina, wątek podróży w czasie oraz patronusy.

O: Książę Półkrwi. Uwielbiam klimat w tej książce i bardzo się cieszę, że w tej części rozwinęły się moi ulubieni bohaterowie.

2. Ulubiony film.

M: Szczególnie lubię ostatnie trzy części - "Księcia Półkrwi" i "Insygnie Śmierci". 

O: Jestem powtarzalna: Książę Półkrwi.

3. Najmniej ulubiona książka.

M: "Zakon feniksa"! Przez tę książkę ciężko mi było przebrnąć, ponieważ była po prostu... nudna. W dodatku pojawiła się tam Umbridge, która wyjątkowo mnie denerwowała.

O: Odpowiem jak większość - kocham wszystkie, ale może Zakon Feniksa najmniej. 

4. Części książek/filmów przy których płakałaś.

M: - "Czara ognia" - Scena pośmierci Cedrika, kiedy Harry wraca z jego ciałem i wszyscy się orientują, że Cedrik nie żyje. Moment, w którym jego tata to sobie uświadamia...  
- "Książę Półkrwi" - Śmierć Dumbledore'a oraz scena kolejna, gdy uczniowie podnoszą różdżki, przelatuje Fawkes... 
- "Insygnia Śmierci" - Wydaje mi się, że w tym przypadku płakałam jedynie na filmach. Przy scenie ze wspomnieniami Snape'a dot. jego miłości do Lily i jego prawdziwej twarzy oraz scena ukazująca martwych Lupina i Tonks... 

O: Czara Ognia, Zakon Feniksa, Książę Półkrwi i Insygnia Śmierci.

5. Jakbyś mogła być z dowolnym bohaterem to kto by to był?

M: Myślę, że byłby to Cedrik. Okej, uwielbiam Dracona Malfoy'a, jednak znając jego charakter, nie chciałabym wiązać się z osobą jego pokroju. Cedrik był super.

O: Draco Malfoy, bo to Draco Malfoy.

6. Ulubiona postać.

M: Hermiona Granger, z którą się utożsamiam, ponieważ tak jak ja uwielbia czytać książki i bardzo przykłada się do nauki.  Po za nią uwielbiam Dracona Malfoy'a, Snape'a, Lunę oraz Lupina.

O: Draco Malfoy (wiem, nie jestem wcale przewidywalna). Ale oprócz niego kocham też Snape'a i Dumbledore'a.

7. Jaki byłby twój patronus? 

M: Według testu z Pottermore byłby to szczur. 

O: Kiedyś pomyślałam sobie, że wilk, ale Pottermore najpierw przydzielił mi jakiegoś kota a za drugim razem kreta.



8. Jakbyś mogła mieć czarną różdżkę, kamień wskrzeszenia lub pelerynę niewidkę, to co byś wybrała?

M: Gdy przeczytałam to pytanie od razu pomyślałam o pelerynie niewidce, jednak po dłuższym zastanowieniu myślę, że wybrałabym kamień wskrzeszenia. Mogłabym przywrócić do życia kochaną przeze mnie osobą, a to jest warte wszystkiego.

O: Pelerynę niewidkę.

9. W jakim byłabyś domu?

M: Według Pottermore - w slytherinie. W sumie pasuje mi to, jakoś zawsze utożsamiałam się z tym domem.

O: Slytherin.

10. Jakbyś mogła spotkać dowolną osobę z obsady filmowej, kto by to był?

M: Tom Felton, Emma Watson i Helena Bonham Carter.

O: Zawsze mówiłam, że Alan Rickman, który był wybitnym aktorem. Teraz powiem, że Tom Felton, Daniel Radcliffe lub Emma Watson.

11. Czy grałaś w gry komputerowe?

M: Niestety nie.

O: Tak. We wszystkie poza Insygnią.

12. Na jakiej pozycji w quidditcha byś grała?

M: Chyba na żadnej. Żaden ze mnie sportowiec - niestety lub stety.

O: Jestem indywidualistką, więc myślę, że byłabym szukającym.

13. Czy podobało ci się zakończenie serii?

M: Niby tak, ale nie do końca. Podobało mi się to, że dobro zwyciężyło, tak jak powinno być. Natomiast fakt, iż zginęło wiele cudownych postaci jak np. Tonks, Lupin, Snape, Moody... już mi się nie podoba. Tak samo jak to z kim złączyli się główni bohaterowie. Jestem wielką przeciwniczką Romione oraz Hinny i uważam, że najlepiej byłoby, gdyby Harry z Hermioną byli razem. 

O: Cóż, powiem tak: Na początku nie mogłam wybaczyć Rowling, że Draco nie był na końcu z Hermioną, ale po przeczytaniu pewnego opowiadania jestem to w stanie wybaczyć i zaakceptować.

14. Ile dla ciebie znaczy Harry Potter?

M: Jest to jedna z moich ulubionych serii. Uwielbiam czytać fanfiki Dramione i powracać do książek co jakiś czas.
  
O: Harry Potter to duża część mojego dzieciństwa, setki godzin spędzonych na czytaniu książek, słuchania soundtracku i oglądaniu filmów o Harrym Potterze. Także znaczy dla mnie wiele, mam do całej serii ogromny sentyment.     



Będzie nam bardzo miło jeśli znajdziecie czas i napiszecie swoje odpowiedzi w komentarzach.
Do napisania!


  

zdjęcia: Oliwia 

sobota, 10 marca 2018

DRARRY W KSIĄŻCE? // Nie poddawaj się - Rainbow Rowell [Oliwia]


Witajcie!
Przychodzę dzisiaj do was z pierwszym marcowym postem i mam nadzieję, że nie ostatnim. Chciałabym opowiedzieć wam kilka słów o tej ciekawej pozycji. Zapraszam do dalszej części.

~~~

"Ulubiony książkowy bohater znanej z „Fangirl” Cathy powraca z własną historią.

Simon Snow rozpoczyna właśnie ostatni rok nauki w Szkole Czarodziejów w Watford. Nie żeby przez ostatnie kilka lat jakoś bardzo się podszkolił – wciąż słabo radzi sobie z różdżką, w dodatku nieustannie coś podpala albo sam wybucha. Na domiar złego porzuca go dziewczyna, a jego mentor nie daje znaku życia. Simon zupełnie nie wie, dlaczego akurat on uznawany jest za najpotężniejszego czarodzieja, skoro każde z jego życiowych przedsięwzięć to porażka.
Ale gdy w Świecie Magów zaczyna wrzeć, Simon musi sprostać wyzwaniu i zapanować nad sytuacją. Nie pomaga przeczucie, że Baz, jego współlokator, a zarazem największy wróg, prawdopodobnie knuje coś za jego plecami.

„Nie poddawaj się” to powieść o magii, duchach, miłości i tajemnicy. Jest w niej tyle pocałunków i sekretów, ile można się spodziewać w książce Rainbow Rowell, autorki „Fangirl”, ale pojawia się tu znacznie więcej wampirów i innych potworów."


- lubimyczytać.pl 


Zacznę od tego, że przed przeczytaniem tej książki nie miałam okazji zapoznać się z Fangirl, ale z tego co zdążyłam wywnioskować nie miało to większego znaczenia. 
Bohaterowie Nie poddawaj się są kreowani na odpowiedników postaci z Harry'ego Pottera. Simon - Harry, Baz - Draco itd. Szczerze? Gdybym nie dowiedziała się o tym przed sięgnięciem po tę lekturę, nie jestem pewna czy spostrzegłabym jakieś uderzające podobieństwo. Nie chodzi mi tutaj o to, że Simon jest nazywany Wybrańcem, a Baz jego wrogiem. Bardziej o to jak autorka ich stworzyła, czyli dialogi, myśli i zachowanie nie przypomina mi żadnego z bohaterów słynnej serii Rowling. Mimo to polubiłam głowne postacie, byli ciekawi i podczas czytania naprawdę im kibicowałam.
Jeśli chodzi o podobieństwo wykreowanego świata - tu już wygląda to trochę inaczej. W pewnych aspektach szkoła do której uczęszczają bohaterowie Nie podawaj się jest bardzo podobna, ale nie jest to to samo co Hogwart. Oczywiście mamy też inne stworzenia, zjawiska, zaklęcia i wiele innych niż w Harrym i sądzę, że wyszło to tej książce na dobre.
Niektóre absurdy w tej powieści były aż zabawne. Przykładem tego jest Szorobur, czyli odpowiednik Voldemorta. Zawsze gdy pojawiała się jakaś scena z nim to nie wiem dlaczego, ale chciało mi się śmiać.
Styl autorki jest bardzo przeciętny i niejedne opowiadanie czytane przeze mnie na wattpadzie były lepiej napisane od tej książki. W recenzjach inne osoby często pisały, że szybko i przyjemnie czytało im się tę pozycję. Ja niestety nie podzielam tych doświadczeń i sądzę, że nie jest to wina samej historii, ale poziomu pisania jaki Rainbow Rowell zaprezentowała. Nie było to jakieś tragiczne, ale spodziewałam się czegoś lepszego.
Podsumowując, czy potrzebny nam jest odpowiednik Harry'ego Pottera? Odpowiedzcie sobie na to pytanie sami. Moim zdaniem nie, ale sądzę też, że istnieją osoby, którym Nie poddawaj się może się bardziej spodobać niż mi. Jeśli chcę poczytać fanfiction to to zrobię, a niekoniecznie kupuję książkę, która ma mi to zastąpić

 

Końcowa ocena:
★★★★★★☆☆☆☆

Trzymajcie się i do napisania ♥


Autorka: Oliwia 
Data: 10.03.2018

piątek, 19 stycznia 2018

Zostań, jeśli kochasz \\ Gayle Forman [Malwina]


Cześć!
Muszę Wam się przyznać, że w tym miesiącu czytanie idzie mi dość... opornie.
Jak na razie przeczytałam tylko dwie książki, za to o wiele więcej czasu poświęcam pisaniu.
Na dziś przygotowałam recenzję jednej z ostatnich powieści przeczytanych w 2017 roku.
Mowa o "Zostań, jeśli kochasz" autorstwa Gale Forman.
Zapraszam do czytania :)

 

"Mia straciła wszystko. Czy miłość pokona śmierć?

Po tragicznym wypadku, w którym zginęli jej najbliżsi, Mia trwa w stanie dziwnego zawieszenia. Musi podjąć decyzję, czy walczyć o odzyskanie przytomności, czy też poddać się i umrzeć. Próbując rozstrzygnąć ten dylemat, wspomina dotychczasowe życie.

Poruszająca książka o dającej wsparcie rodzinie, przyjaźni, samotności i znajdowaniu swego miejsca na ziemi, o umiejętności żegnania się z przeszłością i przyjmowania tego, co nadchodzi. "Zostań, jeśli kochasz" opowiada o potędze miłości i wyborach, których każdy z nas musi dokonać."

- opis pochodzi ze strony lubimyczytac.pl



Słyszałam o tej pozycji wiele negatywnych opinii, jednak mojej przyjaciółce (od której pożyczyłam tę książkę) się bardzo podobała. Miałam ochotę przeczytać "Zostań, jeśli kochasz" głównie dzięki obejrzeniu filmu, który wręcz pokochałam. 
Książka mnie ani nie zachwyciła, ani nie była zła. Była po prostu przeciętna.
Czytało się przyjemnie i szybko, pomysł był dobry, ale... czy to nie za mało na miano bestsellera?
Historia Mii była ciekawa do pewnego momentu. Początkowo wręcz pochłaniałam strony, nawet uroniłam łzę, tak jak w przypadku filmu. Jednak im dalej w las, tym więcej drzew... Z czasem książka staje się coraz nudniejsza i bardzo się ciągnie. Zakończenie mnie rozczarowało, mimo, iż wiedziałam, jak potoczyła się fabuła filmu. Liczyłam na coś więcej, na zaskoczenie, zwrot akcji, cokolwiek co sprawi, że historia znów mnie do siebie przekona. Tak się nie stało.

Mimo, że Adam i Mia to typowa para "szarej myszki i złego chłopaka" to ich polubiłam. Chyba nawet bardziej od nich polubiłam Kim, czyli przyjaciółkę głównej bohaterki. Trochę bolało mnie to, że Mia bardziej myślała o tym czy Adam przyjedzie do szpitala, niż o wypadku i obrażeniach jej rodziny.
Nie umiałam utożsamić się z bohaterką, która zbyt szybko pogodziła się z losem i myślała o sprawach przyziemnych.

 Akcja książki strasznie się ciągnęła. Przez pierwsze kilkadziesiąt stron podobało mi się to, ale później miałam wrażenie, że autorka na siłę wymyśla kolejne zdarzenia, które chce opisać. Wydaje mi się, że miała pomysł na historię, ale nie umiała tego dobrze napisać. Czytanie kolejnych przemyśleń Mii przez ostatnie pięćdziesiąt stron było po prostu męką i wątpię czy sięgnę po kolejną część.

 

Uważam, że książka nie zasłużyła na wysokie oceny i zachwyt, a już na pewno na umieszczenie jej na liście bestsellerów. Większość czytało się przyjemnie, ale nic po za tym. Nie powala - przeciętniak. 


OCENA: ★★★★★★☆☆☆☆

 


A Wy czytaliście "Zostań, jeśli kochasz"? Jak Wam się podobała?
Może druga część jest lepsza i warto, jednak po nią sięgnąć?
Dajcie znać.

   















piątek, 12 stycznia 2018

Maybe someday // Colleen Hoover [Malwina]


Witajcie w Nowym Roku!
Dziś przychodzę do Was z recenzją pierwszej przeczytanej przeze mnie książki w 2018 roku.
Książka Maybe someday była moim pierwszym zetknięciem się z autorką jaką jest Collen Hoover i muszę powiedzieć, że udanym.



On, Ridge, gra na gitarze tak, że porusza każdego. Ale jego utworom brakuje jednego: tekstów. Gdy zauważa dziewczynę z sąsiedztwa śpiewającą do jego muzyki, postanawia ją bliżej poznać.
Ona, Sydney, ma poukładane życie: studiuje, pracuje, jest w stabilnym związku. Wszystko to rozpada się na kawałki w ciągu kilku godzin.
Wkrótce tych dwoje odkryje, że razem mogą stworzyć coś wyjątkowego. Dowiedzą się także, jak łatwo złamać czyjeś serce…

„Maybe Someday” to opowieść o ludziach rozdartych między „może kiedyś” a „właśnie teraz”, o emocjach ukrytych między słowami i o muzyce, którą czuje się całym ciałem.

- opis książki pochodzi z lubimyczytac.pl




Właściwie nie wiem jak mam ubrać w słowa to co chcę przekazać. Powieść jest przede wszystkim o muzyce i miłości, ale porusza wiele innych kwestii, jak np. zdrada i przyjaźń.
Muszę przyznać, że zaczynając tę książkę, miałam bardzo duże wymagania wobec niej. W końcu wiele dobrego słyszałam o Colleen Hoover i wiele jej powieści chciałabym przeczytać. Trochę bałam się rozczarowania zaczynając książkę, ponieważ wydawała mi się nieco banalna, ale... im dalej tym lepiej.

Uwielbiam wątki miłosne w książkach, ale po te, w których miłość gra pierwsze skrzypce, raczej nie sięgam. Dlaczego? Ponieważ bardzo często wydają mi się nudne. W tym wypadku było inaczej; wkręciłam się w relacje pomiędzy bohaterami i pochłaniałam kolejne strony, żeby jak najszybciej dostać odpowiedź na najważniejsze pytanie: będą razem czy nie?!

Mimo, że przewidziałam zakończenie (jak to w romansach bywa), w historii wiele rzeczy mnie zaskoczyło. Niektóre momenty sprawiały, że musiałam odłożyć książkę, wziąć wdech i wydech, po czym wrócić do czytania. Przy niektórych scenach wzruszałam się, uśmiechałam do siebie lub marszczyłam brwi ze złości. Zdecydowanie pani Hoover potrafi świetnie opisywać uczucia bohaterów.

A propos bohaterów - są świetni. W szczególności dwójka głównych bohaterów oraz to jak ich relacja stale ewoluuje i zmienia się. Postać Warrena i jego głupie teksty również przypadły mi do gustu. Każdy bohater został z jakiegoś powodu umieszczony w tej historii i miał za zadanie jakąś rolę w niej odegrać. Brakowało mi trochę brata Ridge'a - Brennana, no ale nie będę narzekać, swoje pięć minut dostał. Zdarzały się momenty, w których nie rozumiałam zachowań bohaterów i mimo, że jako tako zostały ono wytłumaczone, raczej tego nie kupiłam.

Podobał mi się sposób przedstawienia przez autorkę pewnych chorób i niepełnosprawności. Nie chcę zdradzać niczego, więc powiem tylko tyle, że nie spodziewałam się tak dobrego opisu postrzegania świata przez osobę niepełnosprawną. Pod tym względem Maybe someday plasuje się na wysokie miejsce na podium, zaraz obok Pieśni Dawida, poruszającej problem utraty wzroku i autyzmu.

O stylu pisania pani Hoover powiem tylko tyle, że jest przyjemny i prosty, ale jednocześnie opisy są tak magiczne, niczym u Sarah J. Maas. Z tym, że ta druga autorka opisuje w ten sposób wykreowany przez siebie świat pełen magii, a Colleen Hoover szarą rzeczywistość i robi to w taki sposób, że porusza serca. Nie żartuję.





OCENA: ★★★★★★★★☆☆

Podsumowując: pierwsze zetknięcie z twórczością Colleen Hoover spodobało mi się. Jeśli wszystkie romanse by tak wyglądały, z pewnością bym po nie sięgała częściej.





czwartek, 4 stycznia 2018

Królestwo Kanciarzy // Leigh Bardugo [Oliwia]


Witajcie!
Po sześciu miesiącach od przeczytania tej książki jestem gotowa na przedstawienie mojej opinii o drugim tomie Szóstki Wron [ tutaj recenzja pierwszej części --> klik ].

UWAGA: W recenzji znajdują się spoilery dotyczące Szóstki Wron, dlatego jeśli jeszcze nie czytaliście a macie w planach to polecam zapoznać się najpierw z tamtą recenzją, a tu wrócić jak skończycie czytać książkę. Nie chciałabym zepsuć wam przyjemności czytanie pierwszego tomu! :)

~~~

"Kaz Brekker i jego ekipa dopiero co przeprowadzili skok przekraczający najśmielsze wyobrażenia. Zamiast jednak dzielić sowite zyski, muszą walczyć o życie. Zostali wystawieni do wiatru i poważnie osłabieni; dokucza im brak funduszy, sprzymierzeńców i nadziei.

Na ulicach miasta trwa wojna. Wzajemna lojalność w obrębie ekipy – i tak już krucha i wątpliwa – zostaje wystawiona na ciężką próbę. Kaz i jego ludzie muszą się postarać, żeby znaleźć się po stronie zwycięzców. Bez względu na koszty."

- lubimyczytać.pl



Po zakończeniu w Szóstce Wron od razu musiałam sięgnąć po Kanciarzy. Od samego początku przeczuwałam, że ta książka złamie mnie totalnie. Oczywiście nie myliłam się.
Jestem pełna podziwu dla autorki, która stworzyła coś niewyobrażanie genialnego. Wszystko w tej historii jest dopracowane i niesamowicie spójne.

Zacznę od Ketterdamu, czyli miasta w którym dzieje się cała akcja powieści. Po skończeniu pierwszego tomu miałam ogromną nadzieję, że w Kanciarzach będzie bardziej to miejsce rozwinięte, ponieważ chciałam je bardziej zrozumieć, poznać te najciemiejsze zakątki 'krainy' złodziei, szumowin i hazardzistów. Opis miejsca wyszedł Bardugo idealnie. Klimat jaki tam panuje jest wręcz namacalny i dzięki temu naprawdę wierzymy w Ketterdam.

Przejdę teraz do bohaterów, których w tej części jeszcze bardziej pokochałam. Kaz Brekker ma specjalne miejsce w moim sercu. Nie potrafię wyrazić słowami fenomenu i geniusza jego postaci. Historia Kaza, to jak się zachowywał i mówił pełniło spójną całość, co nadawało mu realizmu.
W Królestwie Kanciarzy wszystkie postacie niesamowicie się rozwinęły. Stosunki między nimi rozkładają na łopatki. Kibicowałam im wszystim, ale to Kaz i Inej najbardziej mnie zachwycili. Podczas czytania nie było chwili, żebym o nich nie myślała.
Nie da się przejść wokół naszej szóstki wron obojętnie. Po prostu fenomenalna kreacja bohaterów. Kolejna świetna robota, Bardugo!

Akcja ma takie same tempo na przestrzeni całej powieści, przez co czyta się to błyskawicznie. Czytelnik po prostu nie może się oderwać od lektury, bo boi się o bezpieczeństo postaci i co się może wydarzyć, a jednocześnie jest bardzo tego ciekawy. Niektóre zwroty akcji naprawdę przyprawiały o gęsią skórkę!

Literacka strona tej pozycji jest również fantastyczna. Muszę przyznać, że pokochałam ten styl pisania dopiero w tej części. Widać postęp autorki, co mnie bardzo cieszy.

Na sam koniec mogę tylko oznajmić, że nienawidzę Leigh Bardugo za to co ze mnie zostało, po przeczytaniu tej książki. Mimo wszystko to taka pozytywna nienawiść, tylko tam mogę to nazwać. Mogłabym napisać o tej pozycji referat na milion stron jaka to ona nie jest cudowna, ale nie będę Was zanudzać! Mam nadzieję, że wymieniłam te najważniejsze walory drugiego i już ostatniego tomu oraz że przekonałam Was do zapoznania się z Królestwem Kanciarzy, bo naprawdę warto. Jeśli szukasz dobrej fantastyki z świetnymi bohaterami i niesamowitym miejscem akcji to ta duologia jest dla Ciebie idealna.



Końcowa ocena: ★★★★★★★★★★
Trzymajcie się i do napisania ♥

Autorka: Oliwia 
Data: 03.01.2018

środa, 20 grudnia 2017

Chłopak, który zakradał się do mnie przez okno // Kirsty Moseley


Cześć!
Strasznie się cieszę, że znalazłam czas w okresie szaleństwa przedświątecznego, żeby napisać kilka słów o książce, którą jakiś czas temu przeczytałam.
Bardzo się na niej zawiodłam, ale przynajmniej będę mogła napisać w końcu coś złego o jakiejś książce, co mi się rzadko zdarza.
Tak czy siak zapraszam do czytania moich żali.
UWAGA: W recenzji mogą pojawić się drobne SPOILERY.

"Od zawsze unikam jakiegokolwiek fizycznego kontaktu. Dotykać może mnie tylko mama, mój brat Jake i… Liam. Od ośmiu lat co wieczór chłopak z domu naprzeciwko zakrada się przez okno do mojej sypialni i zasypiamy niewinnie przytuleni. Gdyby Jake wiedział, że Liam spędza u mnie każdą noc, chybaby go zabił. Liam to największe szkolne ciacho. Szaleją za nim wszystkie dziewczyny, a on zmienia je jak rękawiczki. Nie mogę go rozgryźć. W dzień zachowuje się jak megadupek, a w nocy jest ciepły i kochany. Wiem, że nie mogę się w nim zakochać – związki Liama nie trwają dłużej niż kilka nocy…"

- opis z lubimyczytac.pl

 





Okej, wiedziałam, że to młodzieżowy romans, który opiera się na schemacie związku "bad boy'a" z "szarą myszką". JEDNAK jestem zdania, że każdy schemat można opisać w sposób oryginalny, ciekawy, dlatego sięgnęłam po tę książkę. Zaciekawił mnie opis, ładna oprawa graficzna i przyrównywanie autorki do Colleen Hoover (niesłuszne!).

W dwóch słowach: Zawiodłam się.

I nawet nie wiem od czego powinnam zacząć. Może od fabuły, która faktycznie na początku miała potencjał, a później poziom tylko spadał i spadał... Powieść porusza temat molestowania seksualnego i przemocy w rodzinie co jest jak najbardziej na plus. Jednak problem wydaje się być spłycony do granic możliwości, jakby był jedynie postawą do stworzenia głównego bohatera męskiego (naszego bad boy'a), którego zadaniem jest bronienie damy w opresji.
Fabuła jest tak strasznie PRZEWIDYWALNA, że w połowie książki miałam ochotę nią rzucić (czego nie zrobiłam, wyłącznie z szacunku do literatury - jaka by nie była). Po pierwszych trzydziestu stronach czytelnik od razu wie, jak powieść się zakończy.

Przejdę teraz do bohaterów, którzy chyba sprawili mi największy problem podczas czytania. Są tak SZTUCZNI i NIEPRAWDZIWI w swoim zachowaniu, w tym co robią i mówią; że co chwilę pukałam się w głowę nad ich głupotą. Kreacja głównej męskiej postaci - Liama, jest po prostu okropna. Plastikowy chłoptaś, który z założenia ma być tym "złym, mrocznym, tajemniczym bad boy'em", a który w co drugim zdaniu używa słowa "Aniołku". Nie, to tak nie działa. Jeśli już tworzymy bohatera, który ma być tym wrednym buntownikiem z problemami, to niech taki będzie, zamiast tworzyć postać kompletnie odrealnioną od rzeczywistości. Nie kupiłam historyjki o rzekomym "zakochaniu od pierwszego wejrzenia", cała historia tej miłości jest po prostu absurdalna i śmieszna.

O bracie głównej bohaterki (Amber) - Jake'u, wydaje się, że wiemy tylko dwie rzeczy: to, że ZAWSZE jest gotów bronić swojej ukochanej siostry oraz, że lubi się powtarzać. Nie mam pojęcia ile razy wściekłym tonem oskarżał swoją siostrę i Liama o bycie razem (co mu bardzo nie pasowało), co mnie tak strasznie irytowało, że ohhh... Po prostu nie mogę. Jake był irytujący do bólu, tak samo Liam z tym swoim "aniołkiem" i główną bohaterką, do której zaraz przejdę. Co było dla mnie zaskoczeniem (żartuję - ta historia stała się mi tak obojętna już w jej połowie, że nie wywołało to żadnych emocji) to fakt, że, gdy Jake dowiedział się o związku Amber z Liamem, jakoś mało się denerwował. Szczerze, był dziwnie obojętny, co było strasznie absurdalne, patrząc na to, jak wcześniej reagował.

Czas na główne danie - kreację głównej bohaterki o, jakże oryginalnym (jak wszystkie postaci w tej książce) imieniu - Amber. Nie wiem od czego mam zacząć. Dziewczyna została wykreowana jako bojąca się dotyku ludzi oraz nawiązywania bliższych relacji z mężczyznami. I miało to sens, biorąc pod uwagę to czego doświadczyła w dzieciństwie, więc liczyłam na powoli rozwijające się uczucie między nią, a Liamem. Chyba zbyt wiele wymagałam. Bohaterka po trzech dniach związku już nie ma oporu z całowaniem się czy dotykaniem z facetem. Na początku oczywiście miała MALUTKIE opory (hehe), ale po tygodniu decyduje się zdobyć tabletki antykoncepcyjne. Czuć ten absurd? Dziewczyna, która przeżywa traumę z dzieciństwa, miewa z tego powodu koszmary, a każdy dotyk sprawia jej dyskomfort - po tygodniu chce uprawiać seks. Ubawiłam się podczas czytania jak nigdy. Dosłownie z dnia na dzień staje się bad girl, seksbombą, czy jak to nazwać. Nagle nie ma oporów przed całowaniem się na środku korytarza albo flirtowaniem z kim popadnie.

Nie, nie, nie i jeszcze raz nie.


Jedyny plus jaki znalazłam w tej książce to ile razy wywołała uśmiech na mojej twarzy. Co z tego, że był to raczej uśmiech zażenowania. Aha, no i szybko się czytało.






★☆☆☆☆☆☆☆☆☆

Niestety jestem na nie. Jednak pisanie tej recenzji sprawiło mi nie lada przyjemność, gdyż mogłam się trochę wyżyć, haha.

Do następnego postu! Wesołych Świąt!











wtorek, 19 grudnia 2017

Trzy godziny ciszy // Patrycja Gryciuk


Witajcie! ✨
Dzisiaj chciałabym podzielić się z Wami moją opinią na temat książki autorstwa Patrycji Gryciuk. Zapraszam do czytania.

~~~

"Pisałam do niego listy. Dużo listów. Na początku mi odpisywał, potem coraz rzadziej. Aż do momentu, kiedy przesłał mi czystą białą kartkę ze swoim imieniem w prawym dolnym rogu. Pustka na tym papierze przerażała swoją bladością. Do dzisiaj widok białej kartki wywołuje we mnie strach i nie chodzi o brak pomysłu na nowe książki….

(fragment powieści)



Przez trzy godziny ciszy można wyjaśnić sobie tyle, co przez tygodnie rozmów, a wysyłając pusty list, wyrazić więcej niż za pomocą tysięcy słów.

Kiedy Patrycja dowiaduje się, że jest śmiertelnie chora, postanawia rzucić wszystko i wrócić do Gourdon – małej miejscowości na południu Francji, gdzie w dzieciństwie jeździła na wakacje. Jednocześnie próbuje sprowadzić tam Marnixa, miłość jej życia, z którym nie miała kontaktu od dziewięciu lat. Jednak czy powrót do przeszłości, w przeddzień żegnania się ze światem, to aby na pewno dobry pomysł?

Hipnotyzująca opowieść, w której tajemnice z młodości nie pozwalają o sobie zapomnieć. Bolesne wspomnienia mieszają się z teraźniejszością, a sny wydają się prawdziwsze od rzeczywistości. Patrycja Gryciuk zabierając nas na malownicze Lazurowe Wybrzeże, w pięknym stylu snuje opowieść pełną namiętności, mroku i szaleństwa."

- lubimyczytać.pl 



To, ile ta książka wzbudziła we mnie emocji jest aż niemożliwe! Zaczynając czytać nie miałam pojęcia, że nie oderwę się od tej pozycji dopóki jej nie skończę. Nie wiem co dokładnie to spowodowało, ale bardzo zaangażowałam się w tę historię i przeżywałam, jakbym to ja była jej bohaterką.

Czym Trzy godziny ciszy skradło moje serce?

Jednym z czynników była zapewne Francja. Obłędne opisy i ogromne znaczenie tych miejsc dla głównej postaci sprawiły, że naprawdę uwierzyłam w tą historię. Po paru rozdziałach nawet współodczuwałam emocje towarzyszące Patrycji względem tego kraju. Coś niewyobrażalnie pięknego.

Autorka zachwyciła mnie stylem pisania. Bogactwo językowe zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Raczej rzadko mam tak, że zakochuję się w danej powieści już po przeczytaniu paru rozdziałów. Nawet nie umiem tego odpowiednio ubrać w słowa.

Ciekawe były też dwa czasy, jakie zostały w tej powieści przedstawione. Z jednej strony mamy teraźniejszość w której bohaterka przybywa do Francji, a z drugiej wspomnienia nawiedzające ją podczas pobytu tam. 

Patrycja jest jedną z ciekawszych postaci z jakimi miałam styczność. Jest taka prawdziwa w tym co robi, że ma się wrażenie jakby oglądało się film. W mojej głowie samoczynnie kreowały się obrazy tego co bohaterka robi i jak wygląda. Portrety psychologiczne i tło historyczne innych postaci również były bardzo dopracowane i wiarygodne.

Ta historia zniszczyła mnie emocjonalnie. Nie żartuję! Podczas czytania nie miałam nawet czasu zaczerpnąć oddechu. Po lekturze tego dzieła siedziałam w moim pokoju przez trzy godziny w ciszy. Dosłownie.

Cały czas zadaję sobie jedno pytanie... Dlaczego tak mało mówi się o Trzech godzinach ciszy? Jest to jedna z lepszych książek przeczytanych przeze mnie w tym roku i mam zamiar dzielić się emocjami związanymi z nią z każdym! Już teraz książka powędrowała w rodzinny obieg. Aktualnie czyta ją moja ciocia, co mnie niezmiernie cieszy.

Ja idę dalej ryczeć a Wam serdecznie polecam.




Końcowa ocena: ★★★★★★★★★☆

Trzymajcie się i do napisania ♥








Autorka: Oliwia 
Data: 19.12.2017